Waldemar Okoń                                                                                              Wrocław, 8.08.2018 r.

 

 

 

                                                            Akt dla artysty jest tym czym miłość dla poety

                                                                                                                Paul Valéry          

 

 

Jerzy Olek w jednym ze swoich tekstów zatytułowanym „Świat objawiony nie jest realny?” zastanawiał się nad tym „czym jest fotografia”. Na to zadawane od blisko dwustu lat pytanie autor „Piramidiany” nie dał wiążącej odpowiedzi, mnożąc jedynie kolejne wątpliwości: „oknem czy lustrem? - odsłanianiem czy zasłanianiem świata? - odbiciem czy stworzeniem? -ujawnieniem czy objawieniem? A może jest po prostu samą fotografią? Fotografią kreowaną fotografią”[1]. Zwolennik koncepcji objawiającej się w terminach „foto-medium-art” i powrotu do medialnych źródeł fotografii, pomimo wielu lat pracy twórczej

i wielu dokonań artystycznych, jak widzimy, nadal pisząc o tej sztuce był pełen wątpliwości i wahań. Fotografia bowiem, przy swej pozornej, „mechanicznej” prostocie, jest jedną z najbardziej skomplikowanych form sztuki zawieszoną pomiędzy tym co przedmiotowe i dotykające indywidualnej i zbiorowej podmiotowości, materialne i duchowe, konkretne i ulotne. Patrząc na fotografię widzimy ślad czegoś, co wydarzyło się w świecie realnym i jest jednocześnie czystą kreacją, chociażby poprzez dystans czasowy jaki dzieli nas od tego wydarzenia, lub kształt ukazywanej sytuacji, postaci, sceny.

W fotografiach Weroniki Drozd składających się na album „World in Point Shoes” dotykamy bardzo wyraźnie owego stanu zawieszenia, tym razem pomiędzy tym, co stanowi niewyczerpany temat sztuki – aktu kobiecego, a ukonkretnieniem owego tematu w czarno-białych zdjęciach, które przenoszą nas w tajemniczy świat „odwiecznej kobiecości”, pomnożony zarówno przez niewątpliwą, chociaż pozornie skrywaną seksualność, ale również poprzez poddanie się „czystej formie” wizualnej, zmieniającej ciało kobiece nie tyle w estetyczny przedmiot, co w kształt, fragment obrazu umiejscowiony na neutralnych lub, dla odmiany, zdecydowanie określonych, „mocnych” tłach. Motyw tańca łączący szereg zdjęć sprzyja ukazaniu tego co jest tak naprawdę niemożliwe do sfotografowania. Zatrzymane w krystalicznie klarownych ujęciach kadry nie są bowiem w stanie oddać realnego dynamizmu tej sztuki, ukazują za to cały wysiłek wkładany w jej uprawianie i próby przezwyciężenia towarzyszących nam ograniczeń takich jak siła ziemskiego przyciąganie, czy też fizjologiczne uwarunkowania i możliwości naszego ciała. W fotografiach Weroniki Drozd dochodzi niejako do podwójnego przełamania tych ograniczeń. Pierwsze z nich dotyczy tworzenia zdjęć, które nie są komputerową kompilacją, wszystkie ukazywane sceny „dzieją się” naprawdę, są kreacją Artystki wykorzystującą naturalne, postindustrialne tła i plenery Górnego Śląska. Drugie to próba odejścia od tak zwanego „realu” w stronę autonomicznie pojmowanego aktu, który poprzez swą kliniczną czystość i estetyczną, perfekcyjną swobodę, śmiało nawiązuje do wielkiej tradycji tej sztuki i to tradycji, w najlepszym znaczeniu tego słowa, akademickiej, dla której szkic nagiej postaci był podstawą wykształcenia każdego artysty malarza. Już G. E. Lessing nawoływał, aby w malarstwie ukazywać „piękne postaci w pięknych pozach”, a echo tego klasycystycznego i służącego między innymi różnicowaniu sztuki słowa i obrazu hasła powraca po wiekach w fotografiach ukazujących „świat na baletowych puentach”, wywyższony ponad poziom po jakim się zazwyczaj poruszamy o kilkanaście centymetrów, które w tym wypadku są odległością jaka dzieli Artystę od Profana i Uczestnika od Widza. Ten świat jest fragmentaryczny dosłownie - serie zdjęć ukazujących owe „puenty”. Niekiedy jest również widziany jakby za mgłą, przez szczelinę pozwalającą nam spojrzeć w głąb wieloletnich, baletowych ćwiczeń, które może przerwać jedna nieszczęśliwa chwila, upadek przekreślający lata prób i przygotowań. Jest też fragmentaryczny pośrednio jako pozorna całość – nawet setki zdjęć nie oddadzą rozgrywanego w realnym czasie spektaklu, możemy jedynie próbować dotrzeć do jego istoty poprzez to, co jest utrwalone na zdjęciu jako ślad, odbicie momentalnej, związanej z tańcem chwili.

Wspominałem o „przemysłowych” tłach niektórych fotografii, będących niejako zaprzeczeniem tego co kojarzymy ze światem kobiet, a więc z ich delikatnością, wdziękiem, urodą, seksapilem. Obrazy „Pięknej” i „Bestii” (industrialnej) przykuwają naszą uwagę właśnie poprzez ów kontrast jaki rodzi się na styku wizerunku najczęściej „zwycięskiego” aktu i bezdusznej, mechanicznej materii, która jednak w zetknięciu z kobiecym ciałem nabiera innego wymiaru, staje się uczestnikiem gry o estetyczną dominację, stara dorównać ostatniemu dziełu Pana jakim jest piękna i wyzwolona z okowów Raju Ewa. Właśnie aspekty wyzwolenia, wolności osiąganej poprzez fizyczną sprawność i cielesną radość istnienia są bardzo wyraźnie widoczne w zdjęciach autorstwa Weroniki Drozd. Nie ma tu mężczyzn, kobiety istnieją w autonomicznej, intymnej przestrzeni wyznaczanej przez wizualne kanony urody wynikające zarówno z urody samych modelek, jak i z wykorzystania właściwości medium, dla którego neutralne, „studyjne” tła są stale wykorzystywane podczas wykonywania zdjęć reklamowych i w codziennej praktyce zakładów fotograficznych. Trudność polega na „wyrwaniu” owych zdjęć z rutyny wynikającej z zawodu fotografa i przekroczenia bariery pomiędzy światem komercji i światem sztuki. Nie chciałbym być w tym momencie źle zrozumiany, nie rozgraniczam oczywiście owych światów, w świecie komercji powstają tysiące, jeżeli nie setki tysięcy znakomitych fotografii, jednak odejście od tego świata pozwala zarówno na eksperyment jak i na próbę znalezienia własnego języka, wyrazu artystycznego, owej słynnej „sygnatury personalnej”, która towarzyszy tylko nielicznym. Różnica pomiędzy „odbiciem” i „stworzeniem”, podobnie jak pomiędzy „ujawnieniem” i „objawieniem” wydaje się niewielka, jednak w tej różnicy właśnie mieści się prawdziwa sztuka, której echa odnajdujemy w „świecie na puentach” Weroniki Drozd.

Zmierzenie się z odwiecznym, reprezentowanym w historii głównie przez mężczyzn tematem aktu kobiecego, wymaga dużej determinacji i odwagi. Mówi się o odrębnym widzeniu kobiet przez kobiety wynikającym z tożsamości płci i wspólnych sposobów postrzegania świata. Być może tak jest, jednak sztuka nie zna podziałów na sztukę kobiet i mężczyzn, jest tylko sztuka dobra albo zła i, o czym się najczęściej zapomina, w większości przeciętna i nijaka. Musimy jednak pamiętać, że prezentowany album siłą rzeczy, poprze swą tematykę włącza się w tak modny ostatnio dyskurs feministyczny. Jak o tym pisze Lynda Nead: „Nie można zaprzeczyć, że przedstawianie ciała kobiety prawie zawsze pociąga za sobą ryzyko. Niemniej jednak należy je podejmować. Namalowane ciało kobiece, jak wiemy, przenikają gęsto znaczenia patriarchalnej kultury, których nie można całkowicie się pozbyć”[2]. Jednocześnie cala historia dwudziestowiecznej awangardy jest poszukiwaniem sztuki nie tyle wybitnej w kategoriach dziewiętnastowiecznych, co odrębnej, zrywającej z dotychczasowymi kanonami i zasadami artystycznego tworzenia. Jednym ze sposobów odrodzenia sztuki było nastawienie na formę, na „jak” a nie na „co”. W opisywanych fotografiach forma tożsama jest z ujętym w wielu pozach kobiecym, nagim ciałem, które zyskuje w ten sposób status cokolwiek odrealnionej plamy szarości mieszczącej się pomiędzy sferami cienia i światła. Staje się owym „zasłanianiem”, a nie „odsłanianiem” świata, „odrealnia” modelkę wprowadzając ją w inny niż konkretny i materialny wymiar. Dokonuje się tajemnicze misterium przeistoczenia stanowiące o sakralności nie tylko religii ale i sztuki. Ciało staje się nośnikiem duchowości, materia „przeaniela” w zapadający w pamięć obraz kształtu jedynie sugerującego realny moment wykonania konkretnego zdjęcia. Piękne postaci w pięknych pozach trwają ponad czasem i przestrzenią, ulegają dematerializacji zachowując w sobie tak poszukiwany przez klasyków pierwiastek absolutnego, pomnożonego przez kobiecość piękna.

Weronika Drozd jest na początku swojej drogi twórczej. Warto w przyszłości przyglądać się Jej kolejnym dokonaniom, mając w pamięci słowa przyjaciela Luisa Bun᷉uela - filozofa Eugenia d`Ors

, że „wszystko co nie pochodzi z tradycji, jest plagiatem”. Oparcie w tradycji winno „być i nie być”, musi być niezauważalne, a jednocześnie powinno przenikać dzieło, które bez tego elementu będzie tylko kolejną rzeczą, wytworem czasu i ludzi, a nie Sztuki.

 

Waldemar Okoń                                  

Historyk sztuki, krytyk artystyczny

 

 

 


[1]J.Olek, Świat objawiony nie jest realny?. Podaję za: J.Olek, O… Wybór fragmentów tekstów Jerzego Olka publikowanych w katalogach i czasopismach, Poznań 2013, s nlb, tekst z 1988 roku.

[2]L.Nead, Akt kobiecy. Sztuka, obscena i seksualność. Przełożyła E.Franus, Poznań 1998, s.125.

 

 


 

 

 

 

CYKLE FOTOGRAFICZNE

04 kwietnia 2018
Ekspresywność tej fotografii wizualizuje się w dynamicznej kompozycji, efemeryczności uchwyconego momentu i kontraście pomiędzy naturalnością nagości a materią świata. Autorka
06 grudnia 2017
Fotografka, która przyzwyczaiła nas do zdjęć ukazujących piękno ciała, elastycznych i filigranowych baletnic. Jej poprzednie cykle fotografii "Materia niezłomnie piękna",

WORLD IN POINT SHOES 

 

 

Partner OLYMPUS POLSKA

Created with WebWave CMS